30 day shred – podsumowanie

I w końcu nadszedł wyczekany przeze mnie moment, kiedy mogę Wam opisać wrażenia i efekty po 30 dniach treningów z Jillian Michaels. Na wstępie informacja najważniejsza – DAŁAM RADĘ!!!:))) Zaczęłam totalnie spontanicznie i właściwie bez nastawiania się. Po paru dniach stwierdziłam, że ok, zrobię to. I po prostu zrobiłam:) Ale po kolei, bo z kilku różnych stron chciałabym Wam ten temat przybliżyć;)

Czym jest 30 day shred z Jillian Michaels?

Wyzwanie to, bo tak chyba najlepiej jest to nazwać, to 30 treningów:

*10 dni na poziomie 1

*10 dni na poziomie 2

*10 dni na poziomie 3.

Treningi składają się z trzech rund (circuits), a każda runda z 3 minut ćwiczeń siłowych, 2 minut cardio i 1 minuty ćwiczeń na brzuch. Trening trwa więc 18 minut plus rozgrzewka na początku i rozciąganie na koniec – całość to około 25 minut. Niewiele! Ale ponieważ pomiędzy rundami nie ma przerw (pomiędzy ćwiczeniami również), jest intensywnie i naprawdę ciało dostaje „w palnik”;) Do ćwiczeń potrzebne jest trochę miejsca (tak, żeby swobodnie dało się zrobić pajacyki), mata i ciężarki – obciążenie takie, żeby było je czuć, ale żeby je kilka razy unieść swobodnie – ilość powtórzeń i tak zrobi swoje;)

Jak trafiłam na 30 day shred?

Zaczęło się niepozornie – w soboty chodzimy rano na siłownię, bo jest najmniej ludzi i można poszaleć;) Ale 25 lutego miałam sesję zdjęciową i mało czasu do niej, stwierdziłam więc, że siłownia plus prysznic plus dojście i droga powrotna zajmą mi za dużo czasu i nie zdążę. W związku z tym M. poszedł sam, a ja już-już miałam zacząć Skalpel Chodakowskiej, ale uznałam, że najpierw wpiszę w Google jaki inny trening polecają ludzie. Tak wyskoczyło mi 30 day shred, uznałam, że 25 minut spokojnie zdążę zrobić i dałam temu szansę. No i wsiąkłam;)

Dlaczego Jillian a nie Chodakowska?

Ewę Chodakowską jako człowieka lubię. Uważam, że ma dystans do siebie, jest wesoła i generalnie podoba mi się jej podejście do życia. Ale jako trenerka mi nie podchodzi. Spokojny głos, albo to co mówi – nie wiem dokładnie gdzie leży źródło problemu, ale jakoś ciężko mi się z nią ćwiczy. U Jillian urzekła mnie energiczna muzyka, jej zdecydowany głos, trochę żartów. No i sam trening – zmiany ćwiczeń co 30 sekund, ich różnorodność, a także to, że całość jest jakimś zamkniętym, określonym czasowo wyzwaniem. Wiesz dobrze już na wstępie, że to 30 dni. Zmieniają Ci się poziomy. Widzisz postęp. I to wszystko sprawia, że mimo zmęczenia – ciśniesz!

Zalety 30 day shred

Największą zaletą jest połączenie treningu siłowego z cardio i brzuchem. Taki mix sprawia, że równocześnie budują się mięśnie, zwiększa się wydolność organizmu, a tłuszcz topi się jak wściekły;) Dzięki temu raz – trening może trwać 25 minut, a i tak przynosi efekty, a dwa – zmiany w ciele są dość szybko widoczne – w moim przypadku dużo szybciej niż jak sama ćwiczyłam na siłowni (gdzie też robiłam i ciężary i cardio!). Kolejną ogromną zaletą jest to, że razem z Jillian ćwiczą jej dwie asystentki. Jedna wykonuje ćwiczenia w wersji dla początkujących, a druga w wersji dla zaawansowanych. Tego nie ma u Chodakowskiej! W efekcie – jeśli jesteś na początku drogi to i tak dasz radę zrobić większość treningu, po prostu w łatwiejszej wersji, a jeżeli ćwiczysz od dawna – i tak dostaniesz po tyłku;) Dla mnie też dużym plusem było zwracanie przez Jillian uwagi na technikę – mam zajechane lewe kolano (do tego stopnia, że w momencie przerwy od siłowni nie byłam w stanie kucnąć i wstać bez ciągnięcia się z całej siły na rękach), a tutaj ani podczas treningów, ani po – nie bolało mnie!

Jak ja ćwiczyłam i jak mi poszło?

No jak się pochwaliłam na wstępie – udało mi się dotrwać do końca wyzwania:) I to jest najważniejsze. Na InstaStory (jeśli ktoś mnie obserwuje na Instagramie i zdarza mu się oglądać moje historyjki, to wie) wspominałam, że zrobiłam 31 treningów w 32 dni. I teraz pytanie – dlaczego?:) Otóż w 11 dniu miałam przejść na poziom 2, ale akurat wtedy była w Warszawie moja mama i koniecznie chciała zobaczyć jak taki trening wygląda. Dlatego (żeby wiedzieć co się dzieje i trzymać fason, a nie zdychać;P) postanowiłam zrobić 11 dzień z rzędu na poziomie 1 (który już nieźle ogarniałam). Żeby jednak nie iść na łatwiznę, postanowiłam ten jeden dzień odpracować, czyli żadnego kolejnego poziomu nie skracać. Niestety dosłownie na 2 dni do końca wyzwania, w zeszłą niedzielę, mieliśmy dość intensywny i jeżdżony dzień i właściwie w ciągu dnia chwilę na trening miałam albo zaraz po obiedzie (wolałam nie;)), albo po 23. A ponieważ jest trochę ćwiczeń skakanych, uznałam, że szkoda mi sąsiadów z dołu i ten jeden dzień odpuściłam. Oczywiście odpracowałam go, żeby liczba treningów się zgadzała! I tak moje wyzwanie trwało nie 30 dni (i 30 treningów), a 32 dni (i 31 treningów). Taka historia;) A co do mojego sposobu wykonywania ćwiczeń – część z nich robiłam w wersji „badass”, a część w wersji „leszcz”. Zwłaszcza pompki – za każdym razem jak leszcz na kolanach, ale to dlatego, że ręce w porównaniu do nóg mam dużo słabsze;) Wybranej pory dnia nie miałam. Parę razy zdarzyło mi się, że robiłam trening przed południem. Kilka, albo nawet kilkanaście razy zostawał mi na koniec dnia – wtedy ćwiczyłam koło 20-22. A najczęściej starałam się ćwiczyć popołudniami, tak, żeby wyrobić się przed powrotem M. z pracy (17:00). I powiem Wam, że chyba ta wersja najlepiej mi się sprawdzała – rano jestem zwykle nieprzytomna, wieczorem bywałam naprawdę zmęczona całym dniem (zwłaszcza jak tego dnia byłam w stajni, albo dużo chodziłam z psem). A popołudniu szło nawet całkiem sprawnie;) Natomiast tutaj polecam Wam, jeśli podejmiecie wyzwanie, wybrać porę dnia kiedy sami czujecie, że macie najwięcej mocy – bo moc się tutaj przyda;)

Jak było?

Było ciężko, ale zdecydowanie jest to wykonalne! Tak naprawdę najbardziej w palnik dawał brak jakichkolwiek przerw regeneracyjnych przez te 30 dni. W związku z czym czy zakwasy, czy zmęczenie organizmu – trzeba było raz po razie stawać na macie do walki… Ale na przykład po pierwszych dwóch dniach, mając giga zakwasy, myślałam, że nie dam rady zrobić kolejnego treningu, bo przecież ciało mnie boli. A jednak dawałam radę i nawet nie czułam tego bólu mięśni podczas ćwiczeń! Tak więc wszystko to kwestia nastawienia – jeśli postanowicie, że dacie radę, to dacie;)

Kartka z pamiętnika

Zastanawiałam się długo, czy tą część tu zamieszczać. Bo dla niektórych może to być przydługawy opis bezsensu. Te osoby jak najbardziej upoważniam do przeskoczenia całego akapitu i przejścia do wyników;) Ale jeśli ktoś ma ochotę podjąć wyzwanie 30 day shred – zachęcam do poczytania. Może będziecie później mogli się utożsamić z którymś z moich wpisów i znaleźć w nich pociechę, że nie jesteście sami w swojej walce?:> Może to być tym bardziej pocieszające, że ja dałam radę, a jak zobaczycie poniżej, oj były dni, że nie było to łatwe!

Dzień 1 (Poziom 1, Trening 1): Niespodzianka! Gdzieś coś przeczytałam, wpisałam na YouTubie, poćwiczyłam i tak, w totalnie spontaniczny sposób, narzuciłam sobie wyzwanie na najbliższe 30 dni! Pierwszy trening? Byłam zagubiona i potrzebowałam chwili, żeby ogarnąć poszczególne ćwiczenia, ale było nieźle:)

Dzień 2 (P1, T2): Ojezusmaria!!! Ciało mnie boli, mam zakwasy wszędzie i odkryłam, próbując rano wstać, mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam… Zmuszenie się do treningu graniczyło z cudem (zwłaszcza, że M. jest w domu, ma wolne i dzisiaj, jak biały człowiek, NIE ĆWICZY! Bo to niedziela jest! Ehh… Ale o dziwo podczas treningu nie umierałam i nie czułam zakwasów, więc miło.

Dzień 3 (P1, T3): Piekielnych zakwasów ciąg dalszy… Dzisiaj było gorzej niż wczoraj… Rozgrzewkę zaczynałam ze łzami w oczach, ale dałam radę!

Dzień 4 (P1, T4): Myślicie, że zakwasy minęły?? O co to, to nie! Myślałam, że gorzej niż wczoraj się nie da, a tu proszę, niespodzianka. Na dodatek chciałam pokazać M., że nie jestem leszczem i poszłam z nim na siłownię na godzinne cardio… Cóż, jestem dość mądrą dziewczyną, ale mam swoje słabsze momenty – decyzja o połączeniu Jillian i siłowni była jednym z nich… Za to dzisiaj jestem z siebie dumniejsza niż kiedykolwiek!

Dzień 5 (P1, T5): Dzień dość przełomowy – rano wstałam z łóżka jęcząc i stękając tylko trochę! Ciało chyba troszkę ogarnęło, że ma mięśnie w nowych miejscach:)

Dzień 6 (P1, T6): Ha! Zakwasy mam już tylko leciutkie!:) Trening też poszedł jakoś sprawniej. Jedyne co, to muszę wreszcie ogarnąć ciężarki (bo na razie ćwiczę z małymi butelkami mineralnej, wypełnionymi wodą – czyli obciążenie żadne:/). O dziwo zaczyna mi brakować obciążenia! Tak więc dzisiaj wieczorem – wycieczka do Decathlonu.

Dzień 7 (P1, T7): Hahaha, no z wodą było fajniej:D Ręce na pewno czują różnicę… Sam trening jeszcze nie idealnie i nadal są ćwiczenia, w których np. na trzy powtórzenia przestaję podnosić ręce (wiem, wiem – wstyd!). Ale i tak jest coraz lepiej. Mam też wrażenie, że zmniejszył mi się cellulit na udach – także chyba coś trochę działa!

Dzień 8 (P1, T8): Bardzo, bardzo, bardzo ciężki dzień… Nie dość, że najpierw pojechaliśmy do stajni, więc popracowałam z koniem, później prosto na siłownię, a na koniec trening z Jillian (więc zmęczenie już przed treningiem było spore) i nie dość, że jest to 8 dzień ćwiczeń codziennie, co chyba zaczyna przeszkadzać ciału, to jeszcze pokłóciłam się z M. poniekąd o ćwiczenia właśnie. Jedyny plus sytuacji? Wkurzyłam się i zrobiłam trening na ostro, żeby się wyżyć! Dobrze, bo bez tego mogłabym w ogóle się dzisiaj poddać. A źle – bo pierwszy raz było mi autentycznie niedobrze z wysiłku… Na szczęście trening zaliczony, z M. jak zwykle sprawa wyjaśniona w 30 minut i już jest ok:) A że to nasz ustalony cheat day i później wjechała pizza, to już w ogóle idę spać jako szczęśliwa kobieta;)

Dzień 9 (P1, T9): Wow! Chyba wczorajszy kryzys „przeklikał” mi coś w głowie albo ciele, ale dzisiaj było już znacznie lepiej niż wczoraj i w ogóle dotychczas!! Może to też kwestia nastawienia – do treningu przystąpiłam z uśmiechem, żartowałam z Jillian i jej tekstów, które już znam na pamięć… No generalnie było miło, a i ćwiczenia jakoś lepiej mi szły;)

Dzień 10 (P1, T10): Dobry dzień! Trening naprawdę poszedł super, cisnęłam, nie odpuszczałam, ciało pociło się jak zwykle, ale ja czuję się mniej zmęczona. Jeżeli na początku podchodziłam do wyzwania na zasadzie „a najwyżej będę miesiąc robić poziom 1, albo zrobię 15 dni na pierwszym i 15 na drugim”, tak teraz widzę sens, żeby po 10 dniach przejść wyżej. Treningi są coraz mniejszym wyzwaniem dla mnie, a chyba nie o to chodzi;)

Dzień 11 (P1, T11): Nadprogramowy trening, bo mama „in da house”! Śmiesznie, bo nigdy nie myślałam, że będę przy mamie ćwiczyć:) Ale w sumie skoro się przełamałam do ćwiczeń przy M. to dlaczego nie przy mamie? Trening naprawdę na luzie – jasne, że nadal są ćwiczenia, które sprawiają mi trudność i muszę bardziej ze sobą walczyć, żeby je zrobić do końca, ale i tak jest bardzo ok.

Dzień 12 (P2, T1): A co mi się nie podobało na tym poziomie pierwszym?! Masakra… Jakby poprzednie 11 dni się w ogóle nie wydarzyło:( Przyznam, że jest to trochę frustrujące… Ale no o to chodzi – o wyzwanie! Aczkolwiek już widzę, że będzie ciężko – sporo ćwiczeń w planku, ciężkie brzuszki… Ehh, no zobaczymy!

Dzień 13 (P2, T2): Zakwasy są, a jakże. Ale powiem Wam, że mniejsze niż w drugim dniu na poziomie 1! Czyli jednak jakiś ślad po poprzednich treningach pozostał:)

Dzień 14 (P2, T3): Trening „na szybko”, bo przed fryzjerem, więc nie było czasu, żeby się zastanawiać czy coś boli czy nie;) Poszło nieźle.

Dzień 15 (P2, T4): Progres jest, nawet w porównaniu do wczoraj:) Nadal są ćwiczenia przy których pod koniec wymiękam, ale dramatu nie ma:)

Dzień 16 (P2, T5): Mega ciężki trening:( PMS na pewno tu nie pomaga… Do tego wystarczyło tylko o godzinę czy dwie mniej snu tej nocy i czuję jakbym była bez sił:( Zrobione, ale ledwo!

Dzień 17 (P2, T6): Miałam o tym nie wspominać, ale wystarczy ogarniać biologię i matematykę, żeby sobie przeliczyć, że to musiało się podczas tych 30 dni stać. Drugi dzień okresu:/ Bardzo ciężki trening, kilka ćwiczeń skończyłam parę sekund przed Jillian, a wszelkie mocno skakane, albo bardzo na brzuch robiłam raczej w wersji „dla leszczy”. ALE!!! Podniosłam dzisiaj ręce w łazience i… ja mam mięśniory!! Zrobiły mi się „kaptury”, pod obojczykami mam mięśnie, ramiona się ładnie zaokrągliły, a między ramionami a „kapturami” zrobiły mi się wcięcia! Szok i niedowierzanie:)))

Dzień 18 (P2, T7): Siły nadal nie te, ale trening zrobiony, progres zauważalny, na pewno ręce mi się wzmocniły. Nice!

Dzień 19 (P2, T8): Dzisiaj wprowadziłam udziwnienie – pierwszy raz wzięłam spalacza tłuszczu rano. Nazywa się bardzo adekwatnie – Vanish;) Przypływu mocy nie odnotowałam, bo to nie przedtreningówka, a typowy spalacz, ale spociłam się jak nigdy! Trening ogólnie ok, chociaż ciało jest już naprawdę zmęczone…

Dzień 20 (P2, T9): Dzisiaj bez Vanisha jednak, bo wyjechałam rano na zdjęcia do stajni bez śniadania, a plan był, żeby na czczo tego nie brać. Trening poszedł całkiem ok, chociaż po zdjęciach i dotlenieniu się u konia byłam już mocno przymęczona. Jutro ostatni dzień na poziomie 2! Zleciało:) Już bliżej niż dalej!

Dzień 21 (P2, T10): Ze dwa ćwiczenia nadal mi sprawiają trochę trudności (męczę się przy nich bardzo), ale wykonuję już cały trening bez przerw. Tak więc najwyższy czas przejść wyżej;)

Dzień 22 (P3, T1): DRAMAT!!! Serio – po dwóch poziomach i 3 tygodniach ćwiczeń myślałam, że jestem superbohaterem… Eeee, no nie. Trening hardcorowy, tym bardziej, że dzisiaj znów wzięłam Vanisha. I teraz widzę, że to zły pomysł – nie dodaje powera, a wręcz przeciwnie, przez mega mocne pocenie ciało, mam wrażenie, szybciej się męczy… Efekt? Beznadziejnie mi się ćwiczyło i beznadziejnie ćwiczyłam – odpuszczałam, kończyłam wcześniej, zaczynałam później… Zła jestem na siebie:(

Dzień 23 (P3, T2): No było dzisiaj trochę lepiej niż wczoraj… Przy 3 ćwiczeniach wymiękłam i skończyłam na kilka sekund wcześniej niż Jillian, ale resztę jakoś zmęczyłam. Bardzo, bardzo czuję zmęczenie ciała…

Dzień 24 (P3, T3): Od tego momentu robi się dość nudno, bo każdy trening wygląda tak samo właściwie… Jest codziennie lepiej, chociaż są ćwiczenia, które sprawiają mi trudności.

Dzień 25 (P3, T4): Trening ok, ale na uwagę zasługuje co innego! Dziwna sprawa – MARZĘ o tym, żeby przestać. MARZĘ o wolnym dniu bez ćwiczeń… A z drugiej strony rano się budzę i trochę mnie nosi;) Można przywyknąć do naprawdę częstych treningów – serio!

Dzień 26 (P3, T5): WOW! Kolejne odkrycie z cyklu „nie wiem kiedy to się stało”. Wysuwając nogę do przodu, robi mi się wcięcie na udzie od wewnątrz! Tego też jeszcze u mnie nie grali:P Takie odkrycia najlepiej napędzają do dalszych ćwiczeń:)

Dzień 27 (P3, T6): Dzisiejszy trening robiłam po zajęciach z samoobrony, także nie dość, że późno, to jeszcze przy sporym zmęczeniu materiału… Ale tak niewiele do końca, że nie mogę się poddać!:)

Dzień 28 (P3, T7): Piątek, piąteczek:) Poszło całkiem ok. Spięłam się popołudniu i dałam radę. Luzik:) Chociaż pompek chyba nigdy nie polubię…;)

Dzień 29 (P3, T8): Dzień znowu rozpoczęty w stajni na zdjęciach. No dobra, kłamię Was – dzień zaczęłam od ważenia i mierzenia… Wiem, wiem, miałam to zrobić po skończeniu wyzwania, ale mnie pokusiło i zważyłam się już dziś… Hmm nie wiem czy był to dobry pomysł. Na pewno dobrym pomysłem było umówienie się na zdjęcia w stajni, bo nic mi tak nie poprawia humoru! Wyniki z dzisiaj wcale nie są oszałamiające, spadło mi raptem 2,3 kg (po miesiącu ćwiczenia dzień w dzień!), z obwodów ruszyły tylko biodra… Reszta stoi w miejscu jak zaklęta. Jest to o tyle szokujące, że wizualnie widzę różnicę! Ehh tak więc ciężki dzień, smutek, lekka załamka i przez to i trening zrobiony na odwal się:( No smutno!

Dzień 30: PRZERWA! Jak pisałam na wstępie – mogłam zrobić trening zaraz po obiedzie, albo w nocy – tak więc uznałam, że trudno – o jeden dzień znów mi się przedłuży to wyzwanie… Ale za to jak dobrze było nie poćwiczyć chociaż przed jeden dzień!!

Dzień 31 (P3, T9): Cudny trening! Wczorajszy day off był zbawienny – ciało odpoczęło i dzisiaj ochoczo wzięło się do roboty:) Nice!

Dzień 32 (P3, T10): I KONIEC! Dzisiaj zrobiłam ostatni trening:))) Poszedł bardzo dobrze, chociaż było parę ćwiczeń, które do końca robiłam w wersji „leszczarskiej”. Ale dałam radę!!:) I dzisiaj sobie myślę, że pieprzyć te kilogramy i centymetry – jestem z siebie MEGA dumna – i choćby dlatego było warto:)

Moje efekty

No, i dobrnęliśmy do najważniejszego!:) Jeżeli przeczytaliście dziennik pokładowy to ogromne dzięki i szacun;) A jeśli nie, to rozumiem i już przechodzę do tego, na co wszyscy czekacie:)

Ostatecznie po kolejnym ważeniu we wtorek, okazało się, że od tej nieszczęsnej soboty spadło mi jeszcze 0,8 kg – co jest dość niesamowite… W ogóle mam wrażenie, że sobotnie pomiary to był jakiś fatal error. No nic, poniżej pokazuję Wam porównanie wyników z 25 lutego (dzień 1) i z 28 marca (dzień ostatni).

WAGA: 86,4 -> 83,3

MIĘŚNIE: 60,6% -> 61,1%

TŁUSZCZ: 36,2% -> 35,6%

BMI: 29.9 -> 28.8

Z obwodów najbardziej poleciały biodra -4 cm.

Ale pomijając liczby! Co się zmieniło?

  • pojawiły mi się i wyrobiły nowe mięśnie:)
  • pięknie ukształtowały mi się ramiona,
  • brzuch mi się poprawił, chociaż jemu jeszcze sporo brakuje,
  • pojawiły mi się wcięcia – na ramionach, pod pośladkami, na wnętrzu ud – piękna sprawa!:)
  • mam znacznie więcej siły i jestem bardziej wytrzymała,
  • jestem w stanie wykonać ćwiczenia, o których miesiąc temu bym nie śniła!
  • zmniejszył mi się cellulit.

A przede wszystkim – samoocena i wiara we własne możliwości poszybowały do nieba!!:) Nie dość, ze mam tę moc fizycznie, to jeszcze czuję moc w sobie – jeżeli tego dokonałam i się nie poddałam, to jestem w stanie zrobić wszystko:)

Czy polecam 30 day shred?

Bardzo! Jeżeli nawet nie dla chudnięcia czy mięśniorów, to dla tego wewnętrznego uczucia siły i sprawstwa:) Serio – warto!

Czy widzę jakieś minusy?

Cóż, jedyne, co sprawiało mi faktyczną trudność i przez co momentami miałam dość, to jednak brak jakichkolwiek przerw na regenerację. Rozumiem zamysł i faktycznie efekty się pojawiły, ale jeśli miałabym nie dać rady, to właśnie przez zbyt wielkie zmęczenie ciała. Na szczęście moje się nie poddało, ale mogło!

Wnioski

Ćwiczenia polecam jak najbardziej i wiem, że mogą super wyrzeźbić sylwetkę i można na nich nieźle schudnąć. U mnie podejrzewam zawiniła dieta. Wprawdzie nie jem słodyczy, nie piję sklepowych soków, napojów gazowanych, a jeśli alkohol to tylko lampka wina albo jedno piwo w weekend. Do tego unikam pszenicy i glutenu, a jeśli nabiał to tylko kozi, a nie krowi. Ale jednak dla oszczędności czasu i pieniędzy przez ten miesiąc często jadłam makaron z pesto (makaron z durum), co jednak jest węglowodanem. I chyba tu leży problem – widać te wszystkie moje dietowe ograniczenia to nadal nie jest to i czas przejść na dietę low carb. No tu akurat wiem, że co jak co, ale moje ciało do najłatwiejszych w odchudzaniu nie należy i nie wystarczy mi „nie jeść chipsów”, albo „odstawić colę”, albo „więcej się ruszać” – nie, nie – ja muszę zastosować combo i dopiero wtedy widać lekkie efekty… No cóż – widać to jest moim wyzwaniem życiowym i to na tym polu muszę się sprawdzić – niech więc tak będzie;)

Plany na przyszłość?

Na razie mam tydzień regeneracji:) Który wygląda tak, że poniedziałek-wtorek kończyłam wyzwanie, w czwartek byłam na siłowni i samoobronie, a w sobotę znów idę na siłownię…:) Ehh no jak się zacznie to nie można przestać;) Ale w piątek i niedzielę serio odpoczywam!:) A od poniedziałku startuję z nowym wyzwaniem, wspartym dietą niskowęglowodanową. Tym razem padło na kolejną serię treningów z Jillian – 6 weeks six pack. Ćwiczenia nastawione głównie (choć nie tylko) na brzuch. Trochę dłuższe, bo około 35 minut. 3 tygodnie na poziomie 1 i 3 na poziomie 2. ALE! Treningi mają się tym razem odbywać od poniedziałku do piątku z przerwami na weekend!:) Więc samych treningów i tak jest 30, co jest do przeżycia, a myślę, że takie przerwy na zebranie sił to właśnie to, co bardzo ułatwi mi ukończenie wyzwania:)


Tak więc ja cisnę dalej, a Was gorąco zachęcam, żebyście dali szansę – czy to Jillian, czy Mel B (ponoć też jest niezła), czy Chodakowskiej, jeśli Wam odpowiada. Albo inaczej – dajcie SOBIE szansę na fajniejsze ciało, lepszą kondycję i wyższą samoocenę:) Wiosna już jest, lato się zbliża – do wakacji zostały 3 miesiące, czyli IDEALNY czas, żeby zdążyć się „stuningować”:)

Dajcie koniecznie znać, czy przyłączacie się do mnie!:) A może już znaliście wcześniej Jillian Michaels i ćwiczyliście z nią? Jeśli tak to dajcie znać jak poszło i jakie są Wasze wrażenia:)

UF! I kończę, bo rozpisałam się niemiłosiernie:) Dziękuję Wam pięknie, jeżeli dotrwaliście do końca:)) Jesteście wielcy! Całuję!:*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA *