ciało

Odcinek 08: 30 day shred czyli trening z Jillian Michaels

W tym odcinku:

  • opowiadam o wyzwaniu 30 day shred,
  • tłumaczę co to jest, jak wygląda całe wyzwanie oraz poszczególne treningi,
  • opowiadam jak sama na ten trening trafiłam i jak, już dwa razy, podjęłam wyzwanie (i wytrwałam!)
  • wymieniam zalety i wady tych ćwiczeń,
  • przedstawiam swoje efekty i dzielę się spostrzeżeniami,
  • a jak się dobrze wsłuchasz usłyszysz… osiedlową śmieciarkę…:) życie!

Kolejny odcinek już w środę. Zapraszam!

***

Dziennik pokładowy (kartka z pamiętnika) z mojego I wyzwania 

25.2.17-28.3.17

 

Dzień 1 (Poziom 1, Trening 1): Niespodzianka! Gdzieś coś przeczytałam, wpisałam na YouTubie, poćwiczyłam i tak, w totalnie spontaniczny sposób, narzuciłam sobie wyzwanie na najbliższe 30 dni! Pierwszy trening? Byłam zagubiona i potrzebowałam chwili, żeby ogarnąć poszczególne ćwiczenia, ale było nieźle:)

Dzień 2 (P1, T2): Ojezusmaria!!! Ciało mnie boli, mam zakwasy wszędzie i odkryłam, próbując rano wstać, mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam… Zmuszenie się do treningu graniczyło z cudem (zwłaszcza, że M. jest w domu, ma wolne i dzisiaj, jak biały człowiek, NIE ĆWICZY! Bo to niedziela jest! Ehh… Ale o dziwo podczas treningu nie umierałam i nie czułam zakwasów, więc miło.

Dzień 3 (P1, T3): Piekielnych zakwasów ciąg dalszy… Dzisiaj było gorzej niż wczoraj… Rozgrzewkę zaczynałam ze łzami w oczach, ale dałam radę!

Dzień 4 (P1, T4): Myślicie, że zakwasy minęły?? O co to, to nie! Myślałam, że gorzej niż wczoraj się nie da, a tu proszę, niespodzianka. Na dodatek chciałam pokazać M., że nie jestem leszczem i poszłam z nim na siłownię na godzinne cardio… Cóż, jestem dość mądrą dziewczyną, ale mam swoje słabsze momenty – decyzja o połączeniu Jillian i siłowni była jednym z nich… Za to dzisiaj jestem z siebie dumniejsza niż kiedykolwiek!

Dzień 5 (P1, T5): Dzień dość przełomowy – rano wstałam z łóżka jęcząc i stękając tylko trochę! Ciało chyba troszkę ogarnęło, że ma mięśnie w nowych miejscach:)

Dzień 6 (P1, T6): Ha! Zakwasy mam już tylko leciutkie!:) Trening też poszedł jakoś sprawniej. Jedyne co, to muszę wreszcie ogarnąć ciężarki (bo na razie ćwiczę z małymi butelkami mineralnej, wypełnionymi wodą – czyli obciążenie żadne:/). O dziwo zaczyna mi brakować obciążenia! Tak więc dzisiaj wieczorem – wycieczka do Decathlonu.

Dzień 7 (P1, T7): Hahaha, no z wodą było fajniej:D Ręce na pewno czują różnicę… Sam trening jeszcze nie idealnie i nadal są ćwiczenia, w których np. na trzy powtórzenia przestaję podnosić ręce. Ale i tak jest coraz lepiej. Mam też wrażenie, że zmniejszył mi się cellulit na udach – także chyba coś trochę działa!

Dzień 8 (P1, T8): Bardzo, bardzo, bardzo ciężki dzień… Nie dość, że najpierw pojechaliśmy do stajni, więc popracowałam z koniem, później prosto na siłownię, a na koniec trening z Jillian (więc zmęczenie już przed treningiem było spore) i nie dość, że jest to 8 dzień ćwiczeń codziennie, co chyba zaczyna przeszkadzać ciału, to jeszcze pokłóciłam się z M. poniekąd o ćwiczenia właśnie. Jedyny plus sytuacji? Wkurzyłam się i zrobiłam trening na ostro, żeby się wyżyć! Dobrze, bo bez tego mogłabym w ogóle się dzisiaj poddać. A źle – bo pierwszy raz było mi autentycznie niedobrze z wysiłku… Na szczęście trening zaliczony, z M. jak zwykle sprawa wyjaśniona w 30 minut i już jest ok:) A że to nasz ustalony cheat day i później wjechała pizza, to już w ogóle idę spać jako szczęśliwa kobieta;)

Dzień 9 (P1, T9): Wow! Chyba wczorajszy kryzys „przeklikał” mi coś w głowie albo ciele, ale dzisiaj było już znacznie lepiej niż wczoraj i w ogóle dotychczas!! Może to też kwestia nastawienia – do treningu przystąpiłam z uśmiechem, żartowałam z Jillian i jej tekstów, które już znam na pamięć… No generalnie było miło, a i ćwiczenia jakoś lepiej mi szły;)

Dzień 10 (P1, T10): Dobry dzień! Trening naprawdę poszedł super, cisnęłam, nie odpuszczałam, ciało pociło się jak zwykle, ale ja czuję się mniej zmęczona. Jeżeli na początku podchodziłam do wyzwania na zasadzie „a najwyżej będę miesiąc robić poziom 1, albo zrobię 15 dni na pierwszym i 15 na drugim”, tak teraz widzę sens, żeby po 10 dniach przejść wyżej. Treningi są coraz mniejszym wyzwaniem dla mnie, a chyba nie o to chodzi;)

Dzień 11 (P1, T11): Nadprogramowy trening, bo mama „in da house”! Śmiesznie, bo nigdy nie myślałam, że będę przy mamie ćwiczyć:) Ale w sumie skoro się przełamałam do ćwiczeń przy M. to dlaczego nie przy mamie? Trening naprawdę na luzie – jasne, że nadal są ćwiczenia, które sprawiają mi trudność i muszę bardziej ze sobą walczyć, żeby je zrobić do końca, ale i tak jest bardzo ok.

Dzień 12 (P2, T1): A co mi się nie podobało na tym poziomie pierwszym?! Masakra… Jakby poprzednie 11 dni się w ogóle nie wydarzyło:( Przyznam, że jest to trochę frustrujące… Ale no o to chodzi – o wyzwanie! Aczkolwiek już widzę, że będzie ciężko – sporo ćwiczeń w planku, ciężkie brzuszki… Ehh, no zobaczymy!

Dzień 13 (P2, T2): Zakwasy są, a jakże. Ale powiem Wam, że mniejsze niż w drugim dniu na poziomie 1! Czyli jednak jakiś ślad po poprzednich treningach pozostał:)

Dzień 14 (P2, T3): Trening „na szybko”, bo przed fryzjerem, więc nie było czasu, żeby się zastanawiać czy coś boli czy nie;) Poszło nieźle.

Dzień 15 (P2, T4): Progres jest, nawet w porównaniu do wczoraj:) Nadal są ćwiczenia przy których pod koniec wymiękam, ale dramatu nie ma:)

Dzień 16 (P2, T5): Mega ciężki trening:( PMS na pewno tu nie pomaga… Do tego wystarczyło tylko o godzinę czy dwie mniej snu tej nocy i czuję jakbym była bez sił:( Zrobione, ale ledwo!

Dzień 17 (P2, T6): Miałam o tym nie wspominać, ale wystarczy ogarniać biologię i matematykę, żeby sobie przeliczyć, że to musiało się podczas tych 30 dni stać. Drugi dzień okresu:/ Bardzo ciężki trening, kilka ćwiczeń skończyłam parę sekund przed Jillian, a wszelkie mocno skakane, albo bardzo na brzuch robiłam raczej w wersji „dla leszczy”. ALE!!! Podniosłam dzisiaj ręce w łazience i… ja mam mięśniory!! Zrobiły mi się „kaptury”, pod obojczykami mam mięśnie, ramiona się ładnie zaokrągliły, a między ramionami a „kapturami” zrobiły mi się wcięcia! Szok i niedowierzanie:)))

Dzień 18 (P2, T7): Siły nadal nie te, ale trening zrobiony, progres zauważalny, na pewno ręce mi się wzmocniły. Nice!

Dzień 19 (P2, T8): Dzisiaj wprowadziłam udziwnienie – pierwszy raz wzięłam spalacza tłuszczu rano. Nazywa się bardzo adekwatnie – Vanish;) Przypływu mocy nie odnotowałam, bo to nie przedtreningówka, a typowy spalacz, ale spociłam się jak nigdy! Trening ogólnie ok, chociaż ciało jest już naprawdę zmęczone…

Dzień 20 (P2, T9): Dzisiaj bez Vanisha jednak, bo wyjechałam rano na zdjęcia do stajni bez śniadania, a plan był, żeby na czczo tego nie brać. Trening poszedł całkiem ok, chociaż po zdjęciach i dotlenieniu się u konia byłam już mocno przymęczona. Jutro ostatni dzień na poziomie 2! Zleciało:) Już bliżej niż dalej!

Dzień 21 (P2, T10): Ze dwa ćwiczenia nadal mi sprawiają trochę trudności (męczę się przy nich bardzo), ale wykonuję już cały trening bez przerw. Tak więc najwyższy czas przejść wyżej;)

Dzień 22 (P3, T1): DRAMAT!!! Serio – po dwóch poziomach i 3 tygodniach ćwiczeń myślałam, że jestem superbohaterem… Eeee, no nie. Trening hardcorowy, tym bardziej, że dzisiaj znów wzięłam Vanisha. I teraz widzę, że to zły pomysł – nie dodaje powera, a wręcz przeciwnie, przez mega mocne pocenie ciało, mam wrażenie, szybciej się męczy… Efekt? Beznadziejnie mi się ćwiczyło i beznadziejnie ćwiczyłam – odpuszczałam, kończyłam wcześniej, zaczynałam później… Zła jestem na siebie:(

Dzień 23 (P3, T2): No było dzisiaj trochę lepiej niż wczoraj… Przy 3 ćwiczeniach wymiękłam i skończyłam na kilka sekund wcześniej niż Jillian, ale resztę jakoś zmęczyłam. Bardzo, bardzo czuję zmęczenie ciała…

Dzień 24 (P3, T3): Od tego momentu robi się dość nudno, bo każdy trening wygląda tak samo właściwie… Jest codziennie lepiej, chociaż są ćwiczenia, które sprawiają mi trudności.

Dzień 25 (P3, T4): Trening ok, ale na uwagę zasługuje co innego! Dziwna sprawa – MARZĘ o tym, żeby przestać. MARZĘ o wolnym dniu bez ćwiczeń… A z drugiej strony rano się budzę i trochę mnie nosi;) Można przywyknąć do naprawdę częstych treningów – serio!

Dzień 26 (P3, T5): WOW! Kolejne odkrycie z cyklu „nie wiem kiedy to się stało”. Wysuwając nogę do przodu, robi mi się wcięcie na udzie od wewnątrz! Tego też jeszcze u mnie nie grali:P Takie odkrycia najlepiej napędzają do dalszych ćwiczeń:)

Dzień 27 (P3, T6): Dzisiejszy trening robiłam po zajęciach z samoobrony, także nie dość, że późno, to jeszcze przy sporym zmęczeniu materiału… Ale tak niewiele do końca, że nie mogę się poddać!:)

Dzień 28 (P3, T7): Piątek, piąteczek:) Poszło całkiem ok. Spięłam się popołudniu i dałam radę. Luzik:) Chociaż pompek chyba nigdy nie polubię…;)

Dzień 29 (P3, T8): Dzień znowu rozpoczęty w stajni na zdjęciach. Do tego doszło parę problemów i ehh… Ciężki dzień, smutek, lekka załamka i przez to i trening zrobiony na odwal się:( No smutno!

Dzień 30: PRZERWA! Mogłam dzisiaj zrobić trening zaraz po obiedzie, albo w nocy – tak więc uznałam, że trudno – o jeden dzień znów mi się przedłuży to wyzwanie… Ale za to jak dobrze było nie poćwiczyć chociaż przed jeden dzień!!

Dzień 31 (P3, T9): Cudny trening! Wczorajszy day off był zbawienny – ciało odpoczęło i dzisiaj ochoczo wzięło się do roboty:) Nice!

Dzień 32 (P3, T10): I KONIEC! Dzisiaj zrobiłam ostatni trening:))) Poszedł bardzo dobrze, chociaż było parę ćwiczeń, które do końca robiłam w wersji „leszczarskiej”. Ale dałam radę!!:) I dzisiaj sobie myślę, że pieprzyć te kilogramy i centymetry – jestem z siebie MEGA dumna – i choćby dlatego było warto:)

Komentowanie, udostępnianie, polecanie znajomym, wspominanie o mnie przy kieliszku wina i „lajkowanie” fanpage’a na Facebooku jest szalenie mile widziane, więc wybierz (przynajmniej) jedno z powyższych i just do it! Będzie to dla mnie najlepszą motywacją do dalszej pracy. A jeżeli chcesz pogadać, podzielić się swoją historią, o coś zapytać albo nawiązać jakąkolwiek twórczą współpracę – skocz do zakładki KONTAKT i napisz / znajdź mnie na Facebooku.

Odcinek 01: O cudzie i rozwoju

W tym odcinku:

A już za tydzień – dwa słowa, o których nikt nie chce słyszeć. Zapraszam w poniedziałek!

***

C.U.D i jak o niego dbać?

C jak ciało:

  1. Wyśpij się – 7-8 godzin to nie wymysł amerykańskich naukowców, ale prawdziwa potrzeba Twojego organizmu. Dobry sen wpływa na wszystko – koncentrację, kreatywność, nastrój, umiejętność radzenia sobie ze stresem, przemianę materii… Serio.
  2. Napij się wody – znów oczywistość, znów wiecznie pomijana. Rozumiem – sama mam ogromny problem z piciem 2 litrów wody dziennie. Ale przez kilka tygodni się zmuszałam i naprawdę czułam różnicę.
  3. Wstań lub postój – siedzący tryb życia to zmora naszych czasów. Siedzimy w pracy, przed komputerem, przed telewizorem, podczas posiłku, „w gościach”… Gdziekolwiek się nie pojawiamy, pierwsze co słyszymy to „proszę usiąść”. A to jest bardzo obciążająca dla kręgosłupa pozycja! Sama pracuję przy komputerze i jedno co wiem na pewno – w nowym mieszkaniu będę mieć stojące biurko. Ciebie nie namawiam do radykalnych rozwiązań, ale czasem – w autobusie, czy w kolejce do lekarza, zamiast siadać, postój trochę. I przede wszystkim – chociaż raz na godzinę wstań od biurka w pracy i przejdź się choćby po herbatę (albo szklankę wody!).
  4. Poruszaj się – jak już stoisz to równie dobrze możesz trochę rozruszać swoje ciało. I znów – nikt nie oczekuje od Ciebie 40 minutowego Skalpela Chodakowskiej, jednak już poruszanie głową na różne strony, pokręcenie biodrami czy kolanami na ugiętych nogach (jak za starych dobrych czasów na wuefie) może przynieść ulgę napiętym i zastanym mięśniom i stawom.
  5. Zrób peeling ciała – i to nawet nie ze względów estetycznych, ale i zdrowotnych. Pobudzisz krążenie, usuniesz martwy naskórek – same plusy! No i jest to szalenie przyjemne..;) Na peelingi można znaleźć w sieci całe mnóstwo domowych, supertanich sposobów, więc nie masz wymówki, że drogo albo Rossmann daleko;)
  6. Nałóż maskę, na wszystko! Włosy, twarz, ciało, dłonie, stopy… Nasze ciała wykonują przeogromną pracę dla nas, dlatego należy się im chwila relaksu i miłości z naszej strony.
  7. Dowiedz się, co Ci służy, a co nie – i przejmij się tym! Czasem przeraża mnie jak bezrefleksyjnie podchodzimy do życia i własnego organizmu. Wiemy, że coś nam szkodzi, ale robimy to. Albo nawet nie wiemy co nam szkodzi, bo szkoda nam czasu i energii na aktywne poobserwowanie się. A warto! Może się okazać, że jesteś rozdrażniony, bo śpisz za krótko. Albo często kręci Ci się w głowie, bo jesteś odwodniony. Wiele naszych problemów bierze się z jedzenia. Dla przykładu – miesiącami bolała mnie głowa i stawy. Okazało się, że to kiepska tolerancja krowiego mleka! A może masz nieładną cerę? Może się okazać, że to nietolerancja glutenu albo jesz za dużo czekolady. Jednym z ciekawszych przypadków o jakich słyszałam było uczulenie na nikiel i problemy przez jedzenie… za dużo tuńczyka (z puszki, zawierającej nikiel!).
  8. Jedz lepiej. I tu już pomijam kwestię nietolerancji i też nie namawiam na radykalne diety i wyrzucanie całych grup pokarmów. Ale są pewne rzeczy, które wiemy, że nie są zdrowe – fast foody, coca-cola, energetyki, alkohol, słodycze, sklepowe soki (mocno dosładzane), spore ilości kawy i mocnej czarnej herbaty. Jeżeli wiesz, że to nie jest dla Ciebie dobre – dlaczego to sobie robisz? Ogranicz je trochę, a najlepiej chociaż niektóre z nich wywal z diety całkiem. Twoje ciało Ci tylko podziękuje! Osobiście nie pamiętam ostatniego McDonalda, energetyków nie tykam od prawie 2 lat. Coca-cola czy tam Pepsi sporadycznie, jak jestem u mamy. Alkohol – no czasem raz na tydzień jakieś wino czy piwo, wódki nie tykam. Kawę odstawiłam rok temu. A uwielbiałam wszystkie powyższe! I nie piszę tego, żeby się chwalić. Piszę o tym dlatego, że wiem, że da się z nich zrezygnować i po czasie nawet ich nie brakuje! Czy w takim razie jem tylko korzonki? Pewnie, że nie. Nadal uwielbiam makarony, raz w tygodniu szaleję z pizzą i niestety za często zdarza mi się wrócić z Żabki z Princessą Zebrą (nowe odkrycie – jest najlepsza!!). Ale ograniczenie pewnych syfów w diecie już zrobiło ogromną różnicę – i u Ciebie też zrobi.
  9. Odpocznij! Twoje ciało się zużywa. Kiedy intensywnie pracujesz, ćwiczysz, podróżujesz męczy się i coraz trudniej mu dawać sobie radę z tym, co na nie wrzucasz. Odpoczynek i czas na regenerację jest więc kluczowy! I nie mówię tylko o urlopie raz do roku, chociaż i to potrafi być zbawienne. Ale mówię o codziennej chwili „dekompresji”.

U jak umysł:

  1. Rozwiąż krzyżówkę albo sudoku. Ponoć rozwiązywanie krzyżówek w podeszłym wieku pomaga zachować jasność umysłu i jest świetną gimnastyką szarych komórek. Może nie masz jeszcze 80 lat, ale trochę „ćwiczeń na głowę” nie zaszkodzi.
  2. Przeczytaj książkę – poradnik, który może wpłynie na Twoje funkcjonowanie albo powieść, która pobudzi Twoją wyobraźnię. Czego nie wybierzesz – to będzie dobry wybór.
  3. Wyłącz telewizję. A najlepiej – pozbądź się jej! W zeszłym tygodniu o tym wspominałam – nie chodzi o pozbycie się telewizora i całkowite zrezygnowanie z oglądania czegokolwiek. Moim ulubionym relaksem jest obejrzenie sobie wieczorem odcinka serialu albo w weekend jakiegoś fajnego filmu. Ale świadomie i dobrowolnie postawiliśmy z moim M. na Netflixa. Sam fakt, że nie ma tam reklam, już jest ogromnym argumentem za pozbyciem się kablówki…
  4. Zrób coś po raz pierwszy. Nowe doświadczenia kapitalnie nas stymulują – pojawia się ten jeszcze zdrowy stres, który mobilizuje nas do przekraczania swoich granic, mózg pracuje… No samo dobro. Może to być jakiś rodzaj sportu (squash? wspinaczka na ściance?), jakaś umiejętność (posługiwanie się maszyną do szycia? tapicerowanie taboretu?) albo jakiś rodzaj sztuki – decoupage, malowanie akwarelami, praca z gliną. Opcji jest tak wiele, że nie sposób ich wymienić, a ogromna część z nich wymaga minimalnych lub żadnych nakładów finansowych. Więc na co czekasz?
  5. Poucz się. Pamiętasz czasy szkoły albo studiów? Kiedy nie tylko coś tam czytałeś, ale faktycznie musiałeś coś „wykuć na blachę”? Wiem, pewnie wspomnienia masz takie sobie, ale pomyśl – już nikt Ci nic nie narzuca i teraz możesz sam wybrać do nauki to, co Cię interesuje lub sprawia Ci przyjemność. Więc rzuć sobie wyzwanie, że np. poznasz nazwy i układ 10 konstelacji gwiazd albo nauczysz się mówić „cześć”, lub „kocham Cię” w 20 językach z całego świata. To nie tylko świetny trening dla mózgu, ale i niezły pomysł, żeby mieć czym zabłysnąć w towarzystwie;) Inną kapitalną opcją jest regularna nauka jednego języka obcego. Bardziej praktycznie się nie da.
  6. Zrób coś inaczej. Myjesz zęby prawą ręką? Umyj lewą. Chodzisz zawsze do pracy jedną drogą? Zmień ją. Robisz coś zawsze w określonej kolejności? Zrób to na odwrót. Każde odstępstwo od rutyny stymuluje naszą kreatywność. Warto!
  7. Ukończ kurs online – w sieci jest całe mnóstwo platform do nauki. Skillshare, Udemy, Creative Live, Master Class… Część jest oczywiście płatna, część jest po angielsku, więc rozumiem, że możesz natrafić na bariery. Ale nawet jeśli nie umiesz dobrze po angielsku i nie stać Cię na kurs – zawsze pozostaje YouTube i polskie kanały, których też jest na pęczki. Na pewno znajdziesz coś ciekawego.

D jak dusza:

  1. Medytuj – 5 minut, 10, 15… Rano, przed zaśnięciem, w środku dnia. W łóżku, w salonie, w kąciku medytacyjnym, w kościele. W ciszy, z nagraniami z YouTube’a, z relaksacyjną muzyką, z odgłosami natury. Modląc się, spacerując po lesie, biorąc długą kąpiel. Nie ma znaczenia ani czas, ani pora, ani miejsce, ani sposób w jaki to zrobisz. To, co ma znaczenie, to fakt, że zatrzymujesz się i konfrontujesz się sam ze sobą i ze swoimi uczuciami. Najłatwiej jest cały czas być wśród ludzi, mieć non stop włączoną muzykę albo telewizor, gadać przez telefon – generalnie zagłuszać się dźwiękami z zewnątrz. Dużo trudniej jest posiedzieć w ciszy. Bo to wtedy do głosu dochodzą nasze obawy, emocje, niepokoje, smutki i wszystko to, z czym nie mamy ochoty się mierzyć. A to jest równocześnie to, z czym właśnie zmierzyć się powinniśmy.
  2. Wróć do początków. Nasi przodkowie żyli inaczej – nie mieli tylu gadżetów, Internetu, sklepów i w ogóle mieli wszystkiego zdecydowanie mniej. Ale czy było im gorzej? Pewnie nie do końca. Bo choć nie mieli takich możliwości, jakie my mamy teraz, to jednak byli bliżej – ziemi, natury i siebie. Nie namawiam Cię do zamieszkania w głuszy, gdzieś w Bieszczadach i życia z uprawy ziemi. Sama mieszkam w centrum Warszawy i uwielbiam to. Ale warto czasem wrócić do przeszłości – pójść do lasu, pochodzić boso, zjeść coś na surowo, popływać w rzece. Spędzić dzień, weekend albo tydzień całkiem offline.
  3. Twórz. Tworzenie czegoś własnymi rękami relaksuje, wycisza i daje ogromną satysfakcję. Więc maluj, wycinaj, szyj, dziergaj, klej, naprawiaj, buduj.
  4. Spróbuj afirmacji. Afirmacje to zdania, najlepiej wypowiadane w pierwszej osobie, w czasie teraźniejszym, które powtarzane każdego dnia „programują” nasz umysł. Znasz powiedzenie – kłamstwo powtórzone kilka razy staje się prawdą? Tu nie chodzi o kłamstwa. Tu chodzi o prawdy, w które nie potrafimy lub boimy się wierzyć, a dzięki afirmacjom nasz umysł może je wreszcie przyjąć do siebie. „Jestem wystarczająco dobra”, „moja kreatywność uzdrawia mnie i innych”, „wiem, co jest dla mnie najlepsze”, „mogę dobrze zarabiać, robiąc to co kocham”… Możesz je powtarzać każdego dnia, możesz je codziennie przepisywać albo możesz słuchać już gotowych nagrań. Przez długi czas słuchałam Ani Aftowicz – o tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=mcP27RW2rjs i polecam.
  5. Słuchaj swojej intuicji. Intuicja jest jak mięsień – im częściej pozwalasz jej „popracować”, tym łatwiej będzie dochodziła z czasem do głosu. I tym lepiej Ty na tym wyjdziesz…;)

To tylko kilka pomysłów na to, co dobrego możesz zrobić dla swojego ciała, umysłu i duszy. Jeżeli masz jeszcze jakieś propozycje – daj znać w komentarz!

Komentowanie, udostępnianie, polecanie znajomym, wspominanie o mnie przy kieliszku wina i „lajkowanie” fanpage’a na Facebooku jest szalenie mile widziane, więc wybierz (przynajmniej) jedno z powyższych i just do it! Będzie to dla mnie najlepszą motywacją do dalszej pracy. A jeżeli chcesz pogadać, podzielić się swoją historią, o coś zapytać albo nawiązać jakąkolwiek twórczą współpracę – skocz do zakładki KONTAKT i napisz / znajdź mnie na Facebooku.