ćwiczenia

Odcinek 08: 30 day shred czyli trening z Jillian Michaels

W tym odcinku:

  • opowiadam o wyzwaniu 30 day shred,
  • tłumaczę co to jest, jak wygląda całe wyzwanie oraz poszczególne treningi,
  • opowiadam jak sama na ten trening trafiłam i jak, już dwa razy, podjęłam wyzwanie (i wytrwałam!)
  • wymieniam zalety i wady tych ćwiczeń,
  • przedstawiam swoje efekty i dzielę się spostrzeżeniami,
  • a jak się dobrze wsłuchasz usłyszysz… osiedlową śmieciarkę…:) życie!

Kolejny odcinek już w środę. Zapraszam!

***

Dziennik pokładowy (kartka z pamiętnika) z mojego I wyzwania 

25.2.17-28.3.17

 

Dzień 1 (Poziom 1, Trening 1): Niespodzianka! Gdzieś coś przeczytałam, wpisałam na YouTubie, poćwiczyłam i tak, w totalnie spontaniczny sposób, narzuciłam sobie wyzwanie na najbliższe 30 dni! Pierwszy trening? Byłam zagubiona i potrzebowałam chwili, żeby ogarnąć poszczególne ćwiczenia, ale było nieźle:)

Dzień 2 (P1, T2): Ojezusmaria!!! Ciało mnie boli, mam zakwasy wszędzie i odkryłam, próbując rano wstać, mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam… Zmuszenie się do treningu graniczyło z cudem (zwłaszcza, że M. jest w domu, ma wolne i dzisiaj, jak biały człowiek, NIE ĆWICZY! Bo to niedziela jest! Ehh… Ale o dziwo podczas treningu nie umierałam i nie czułam zakwasów, więc miło.

Dzień 3 (P1, T3): Piekielnych zakwasów ciąg dalszy… Dzisiaj było gorzej niż wczoraj… Rozgrzewkę zaczynałam ze łzami w oczach, ale dałam radę!

Dzień 4 (P1, T4): Myślicie, że zakwasy minęły?? O co to, to nie! Myślałam, że gorzej niż wczoraj się nie da, a tu proszę, niespodzianka. Na dodatek chciałam pokazać M., że nie jestem leszczem i poszłam z nim na siłownię na godzinne cardio… Cóż, jestem dość mądrą dziewczyną, ale mam swoje słabsze momenty – decyzja o połączeniu Jillian i siłowni była jednym z nich… Za to dzisiaj jestem z siebie dumniejsza niż kiedykolwiek!

Dzień 5 (P1, T5): Dzień dość przełomowy – rano wstałam z łóżka jęcząc i stękając tylko trochę! Ciało chyba troszkę ogarnęło, że ma mięśnie w nowych miejscach:)

Dzień 6 (P1, T6): Ha! Zakwasy mam już tylko leciutkie!:) Trening też poszedł jakoś sprawniej. Jedyne co, to muszę wreszcie ogarnąć ciężarki (bo na razie ćwiczę z małymi butelkami mineralnej, wypełnionymi wodą – czyli obciążenie żadne:/). O dziwo zaczyna mi brakować obciążenia! Tak więc dzisiaj wieczorem – wycieczka do Decathlonu.

Dzień 7 (P1, T7): Hahaha, no z wodą było fajniej:D Ręce na pewno czują różnicę… Sam trening jeszcze nie idealnie i nadal są ćwiczenia, w których np. na trzy powtórzenia przestaję podnosić ręce. Ale i tak jest coraz lepiej. Mam też wrażenie, że zmniejszył mi się cellulit na udach – także chyba coś trochę działa!

Dzień 8 (P1, T8): Bardzo, bardzo, bardzo ciężki dzień… Nie dość, że najpierw pojechaliśmy do stajni, więc popracowałam z koniem, później prosto na siłownię, a na koniec trening z Jillian (więc zmęczenie już przed treningiem było spore) i nie dość, że jest to 8 dzień ćwiczeń codziennie, co chyba zaczyna przeszkadzać ciału, to jeszcze pokłóciłam się z M. poniekąd o ćwiczenia właśnie. Jedyny plus sytuacji? Wkurzyłam się i zrobiłam trening na ostro, żeby się wyżyć! Dobrze, bo bez tego mogłabym w ogóle się dzisiaj poddać. A źle – bo pierwszy raz było mi autentycznie niedobrze z wysiłku… Na szczęście trening zaliczony, z M. jak zwykle sprawa wyjaśniona w 30 minut i już jest ok:) A że to nasz ustalony cheat day i później wjechała pizza, to już w ogóle idę spać jako szczęśliwa kobieta;)

Dzień 9 (P1, T9): Wow! Chyba wczorajszy kryzys „przeklikał” mi coś w głowie albo ciele, ale dzisiaj było już znacznie lepiej niż wczoraj i w ogóle dotychczas!! Może to też kwestia nastawienia – do treningu przystąpiłam z uśmiechem, żartowałam z Jillian i jej tekstów, które już znam na pamięć… No generalnie było miło, a i ćwiczenia jakoś lepiej mi szły;)

Dzień 10 (P1, T10): Dobry dzień! Trening naprawdę poszedł super, cisnęłam, nie odpuszczałam, ciało pociło się jak zwykle, ale ja czuję się mniej zmęczona. Jeżeli na początku podchodziłam do wyzwania na zasadzie „a najwyżej będę miesiąc robić poziom 1, albo zrobię 15 dni na pierwszym i 15 na drugim”, tak teraz widzę sens, żeby po 10 dniach przejść wyżej. Treningi są coraz mniejszym wyzwaniem dla mnie, a chyba nie o to chodzi;)

Dzień 11 (P1, T11): Nadprogramowy trening, bo mama „in da house”! Śmiesznie, bo nigdy nie myślałam, że będę przy mamie ćwiczyć:) Ale w sumie skoro się przełamałam do ćwiczeń przy M. to dlaczego nie przy mamie? Trening naprawdę na luzie – jasne, że nadal są ćwiczenia, które sprawiają mi trudność i muszę bardziej ze sobą walczyć, żeby je zrobić do końca, ale i tak jest bardzo ok.

Dzień 12 (P2, T1): A co mi się nie podobało na tym poziomie pierwszym?! Masakra… Jakby poprzednie 11 dni się w ogóle nie wydarzyło:( Przyznam, że jest to trochę frustrujące… Ale no o to chodzi – o wyzwanie! Aczkolwiek już widzę, że będzie ciężko – sporo ćwiczeń w planku, ciężkie brzuszki… Ehh, no zobaczymy!

Dzień 13 (P2, T2): Zakwasy są, a jakże. Ale powiem Wam, że mniejsze niż w drugim dniu na poziomie 1! Czyli jednak jakiś ślad po poprzednich treningach pozostał:)

Dzień 14 (P2, T3): Trening „na szybko”, bo przed fryzjerem, więc nie było czasu, żeby się zastanawiać czy coś boli czy nie;) Poszło nieźle.

Dzień 15 (P2, T4): Progres jest, nawet w porównaniu do wczoraj:) Nadal są ćwiczenia przy których pod koniec wymiękam, ale dramatu nie ma:)

Dzień 16 (P2, T5): Mega ciężki trening:( PMS na pewno tu nie pomaga… Do tego wystarczyło tylko o godzinę czy dwie mniej snu tej nocy i czuję jakbym była bez sił:( Zrobione, ale ledwo!

Dzień 17 (P2, T6): Miałam o tym nie wspominać, ale wystarczy ogarniać biologię i matematykę, żeby sobie przeliczyć, że to musiało się podczas tych 30 dni stać. Drugi dzień okresu:/ Bardzo ciężki trening, kilka ćwiczeń skończyłam parę sekund przed Jillian, a wszelkie mocno skakane, albo bardzo na brzuch robiłam raczej w wersji „dla leszczy”. ALE!!! Podniosłam dzisiaj ręce w łazience i… ja mam mięśniory!! Zrobiły mi się „kaptury”, pod obojczykami mam mięśnie, ramiona się ładnie zaokrągliły, a między ramionami a „kapturami” zrobiły mi się wcięcia! Szok i niedowierzanie:)))

Dzień 18 (P2, T7): Siły nadal nie te, ale trening zrobiony, progres zauważalny, na pewno ręce mi się wzmocniły. Nice!

Dzień 19 (P2, T8): Dzisiaj wprowadziłam udziwnienie – pierwszy raz wzięłam spalacza tłuszczu rano. Nazywa się bardzo adekwatnie – Vanish;) Przypływu mocy nie odnotowałam, bo to nie przedtreningówka, a typowy spalacz, ale spociłam się jak nigdy! Trening ogólnie ok, chociaż ciało jest już naprawdę zmęczone…

Dzień 20 (P2, T9): Dzisiaj bez Vanisha jednak, bo wyjechałam rano na zdjęcia do stajni bez śniadania, a plan był, żeby na czczo tego nie brać. Trening poszedł całkiem ok, chociaż po zdjęciach i dotlenieniu się u konia byłam już mocno przymęczona. Jutro ostatni dzień na poziomie 2! Zleciało:) Już bliżej niż dalej!

Dzień 21 (P2, T10): Ze dwa ćwiczenia nadal mi sprawiają trochę trudności (męczę się przy nich bardzo), ale wykonuję już cały trening bez przerw. Tak więc najwyższy czas przejść wyżej;)

Dzień 22 (P3, T1): DRAMAT!!! Serio – po dwóch poziomach i 3 tygodniach ćwiczeń myślałam, że jestem superbohaterem… Eeee, no nie. Trening hardcorowy, tym bardziej, że dzisiaj znów wzięłam Vanisha. I teraz widzę, że to zły pomysł – nie dodaje powera, a wręcz przeciwnie, przez mega mocne pocenie ciało, mam wrażenie, szybciej się męczy… Efekt? Beznadziejnie mi się ćwiczyło i beznadziejnie ćwiczyłam – odpuszczałam, kończyłam wcześniej, zaczynałam później… Zła jestem na siebie:(

Dzień 23 (P3, T2): No było dzisiaj trochę lepiej niż wczoraj… Przy 3 ćwiczeniach wymiękłam i skończyłam na kilka sekund wcześniej niż Jillian, ale resztę jakoś zmęczyłam. Bardzo, bardzo czuję zmęczenie ciała…

Dzień 24 (P3, T3): Od tego momentu robi się dość nudno, bo każdy trening wygląda tak samo właściwie… Jest codziennie lepiej, chociaż są ćwiczenia, które sprawiają mi trudności.

Dzień 25 (P3, T4): Trening ok, ale na uwagę zasługuje co innego! Dziwna sprawa – MARZĘ o tym, żeby przestać. MARZĘ o wolnym dniu bez ćwiczeń… A z drugiej strony rano się budzę i trochę mnie nosi;) Można przywyknąć do naprawdę częstych treningów – serio!

Dzień 26 (P3, T5): WOW! Kolejne odkrycie z cyklu „nie wiem kiedy to się stało”. Wysuwając nogę do przodu, robi mi się wcięcie na udzie od wewnątrz! Tego też jeszcze u mnie nie grali:P Takie odkrycia najlepiej napędzają do dalszych ćwiczeń:)

Dzień 27 (P3, T6): Dzisiejszy trening robiłam po zajęciach z samoobrony, także nie dość, że późno, to jeszcze przy sporym zmęczeniu materiału… Ale tak niewiele do końca, że nie mogę się poddać!:)

Dzień 28 (P3, T7): Piątek, piąteczek:) Poszło całkiem ok. Spięłam się popołudniu i dałam radę. Luzik:) Chociaż pompek chyba nigdy nie polubię…;)

Dzień 29 (P3, T8): Dzień znowu rozpoczęty w stajni na zdjęciach. Do tego doszło parę problemów i ehh… Ciężki dzień, smutek, lekka załamka i przez to i trening zrobiony na odwal się:( No smutno!

Dzień 30: PRZERWA! Mogłam dzisiaj zrobić trening zaraz po obiedzie, albo w nocy – tak więc uznałam, że trudno – o jeden dzień znów mi się przedłuży to wyzwanie… Ale za to jak dobrze było nie poćwiczyć chociaż przed jeden dzień!!

Dzień 31 (P3, T9): Cudny trening! Wczorajszy day off był zbawienny – ciało odpoczęło i dzisiaj ochoczo wzięło się do roboty:) Nice!

Dzień 32 (P3, T10): I KONIEC! Dzisiaj zrobiłam ostatni trening:))) Poszedł bardzo dobrze, chociaż było parę ćwiczeń, które do końca robiłam w wersji „leszczarskiej”. Ale dałam radę!!:) I dzisiaj sobie myślę, że pieprzyć te kilogramy i centymetry – jestem z siebie MEGA dumna – i choćby dlatego było warto:)

Komentowanie, udostępnianie, polecanie znajomym, wspominanie o mnie przy kieliszku wina i „lajkowanie” fanpage’a na Facebooku jest szalenie mile widziane, więc wybierz (przynajmniej) jedno z powyższych i just do it! Będzie to dla mnie najlepszą motywacją do dalszej pracy. A jeżeli chcesz pogadać, podzielić się swoją historią, o coś zapytać albo nawiązać jakąkolwiek twórczą współpracę – skocz do zakładki KONTAKT i napisz / znajdź mnie na Facebooku.